Twój koszyk:
jest pusty
przeglądaj koszyk>

Aktualności
2010.07.04
Konkurs
Historia 1:

Agnieszka Szymań ska, mama Zosi — lat 2 i Karolki — lat 11

 

 

- Kochanie wstajesz? — głos Czupusia dochodzi gdzieś z przed pokoju, a ja staram się go zignorować i zasnąć, chociaż na minutkę.
- Wychodzę!!!! — nie daje za wygraną mój znie cier pliwiony mąż.
- Wstaję, wstaję — mruczę od nie chcenia, nie wychodząc do końca z objęć mor fe usza, ale oprócz trzaśnięcia drzwi nic mi nie odpowiada. Cisza oznacza, że Potwór też zdążył wyjść do szkoły, a to z kolei rodzi w śpiącej głowie wizje pozostawionego bez opieki, narażonego na wszel kie nie bez pieczeń stwa, małego dziecka. Pośpiesz nie otwieram oczy. Naj pierw prawe, potem lewe (nie umiem odwrot nie) i z ulgą stwier dzam, ze Zofii nic nie zagraża. Siedzi sobie grzecz niutko na pod łodze i klocuszki sobie układa w piramidkę  -powiedzmy. Szczęśliwa, postanawiam przy mknąć powieki i chwilę poleżeć.  I tak sobie leżę i roz myślam, o tym jak to miło sobie poleżeć i poroz myślać, i robi mi się bar dzo przyjem nie. Nawet to łaskotanie na policzku jest przyjemne.
– Zaraz! Jakie łaskotanie? Prze rażona otwieram oczy i widzę uśmiech niętą buzię Zosi, która jedną rączką trzyma słoiczek z nie bieską farbką, a drugą wciera mi ją w policzek.
-  Chyba nie chcący udało mi się zasnąć — stwier dzam, widząc jed nocześnie radość i dumę na twarzy swojego dziecka. Jest wyraź nie zadowolona z tego, co udało jej się na mnie namalować.
Malujesz mamusię? — pytam nie chcąc psuć jej zabawy.
Ta — odpowiada zgod nie z prawdą.
Chodź — ener gicz nie pod noszę się z łózka i biorę ją na ręce — zobaczymy co namalowałaś. Idziemy w stronę łazienki, abym mogła przyj rzeć się artystycz nym eks­perymen tom swojej pięt nastomiesięcz nej córki.  Po drodze okazuje się, że Zosia nie próż nowała pod czas mojej nie prze pisowej drzemki. Prze sadzała kwiatki, wyrzucała żwirek z kociej kuwety, wzięła się także za porządki w potworowym biurku, ale widać za wcześnie się obudziłam, bo nie zdążyła pochować wszyst kiego do środka.
O, widzę że się napracowałaś Zonieczko — mówię z uśmiechem, a w myślach dziękuję aniołom, że miały w opiece moje dziecko. Dzwonek do drzwi szybko prze rywa moje modlitwy.
Kaka! kaka! — wykrzykuje radośnie Zosia.
Nie. To za wcześnie na Karolinę — mówię, patrząc przez wizjer i już wiem, że Zosia miała rację. Pospiesz nie otwieram drzwi.
Coś się stało? — pytam — Nie powin naś być w szkole?
Zapo mniałam, że dzisiaj mamy odwołane lek cje — Potwór wyjaśnia swój wczesniej szy powrót — Szóste klasy piszą test.
Kakuś! Kakuś! — nie daje mi dojść do słowa uradowana Zosia, którą Karolina bierze na ręce.
Lusia! Lusia! - krzyczy, a my patrzymy na dół, gdzie pomiędzy nami a drzwiami widać tylko koń cówkę kociego ogona.
No to pięk nie — myślę. Wypu ściłyśmy bab ciną kotkę. Miała być u nas kilka dni, na czas wyjazdu mojej teściowej. Ale teraz jest ani u nas, ani u niej. Myślę, że muszę zadzwonić do Prze mka i mu o tym jak naj szyb ciej powiedzieć, kiedy słyszę dzwonek swojej komórki. „Czupur dzwoni“- widzę na wyświetlaczu i zaczynam podej rzewać swojego męża o jasnowidzenie.
Właśnie miałam do ciebie dzwonić kochanie - mówię naj milej jak tylko potrafię.
No popatrz — odpowiada, ignorując moje zaloty — Pamiętasz, że dzisiaj przy chodzi mama po Lusię?
Nawet nie otworzyłam ust, kiedy zadzwonił dzwonek.
Oddzwonię do Ciebie — powiedziałam, ucieszona fak tem nie zapowiedzianej wizyty.
Dzień dobry. To Pani?- usłyszałam przez drzwi.
Tak , to ja — odpowiedziałam bez zastanowienia, otwierając - Co ja? — inteligent nie dopytałam.
Czy to Pani? — Pani Wiesia z par teru uniosła nieco Lusię i pod sunęła mi pod twarz.
Nie, nie — odpowiedziałam uśmiechając się naj szczerzej jak tylko mogłam — To znaczy tak- poprawiłam się szybko. Hmm… Sąsiadka zmierzyła mnie z dołu do góry i znie smaczona podała mi wystraszonego kota.
Uff - ode tchnęłam z ulgą, kiedy zamykałam za nią drzwi.
Mamo! — głos potwora dobiegał z kuchni — Zosia zrobiła kupę! Śmierdzi!
Już idę — odpowiedziałam i ruszyłam w stronę, gdzie wydarzyła się tragedia. Po drodze, kiedy mijałam przed pokojowe lustro, zobaczyłam postać w spranej, żółtej koszuli w misie, potar ganych włosach, z namalowanymi nie bieską farbą, chiń skimi znakami na policzkach.
Jakie to szczę ście, że ten dzień jesz cze na dobre się nie zaczął –pomyślałam i uśmiech nęłam się do swojego odbicia w lustrze.

Historia 2:

Joanna Ziół kow ska, lat 30, mama Zosi — lat 3 i Celiny — 8 miesięcy

7:00 — budzi mnie miaż dżenie moich piersi, rwanie włosów, cmok tanie mojego czoła. Otwieram oczy i przez mgłę jedyny widok, który prze słania mi całą rzeczywistość– to szeroki bez zębny uśmiech. Cela on line.

Przy tulenie na dzień dobry i bach — przy gotowane poprzed niego wieczora zabawki i inne atrak cje dla prze dłużenia moich bez cen nych chwil spania, lecą spod łóżka na pościel. Ale nie o to chodzi. Celina nie ma ochoty gryźć plastiku, za to chęt nie popruta w mój policzek. Koniec spania. Ale co tu dalej robić? Co robić z 8 miesięcz nym nie mow­lakiem, który naj chęt niej nie schodziłby z rąk Mamy, a każdy inny, włącz nie z tatą to „Twój wróg“. Czekam na kolejną atrak cję poranka, czyli pobudkę 3 let niej Zosi. Jej pojawienie się zwykle powoduje dzikie harce na łóżku i dziew czyny zaj mują się sobą. Zwykle… Bo bar dziej praw dopodobne jest to, że Zosia zmiaż dży w zabawie Celę, co wywoła u niej głośny płacz, u mnie irytację, w końcu krzyk bez rad no ści na biedną Zosię, której wydaje się, że ta zabawa powinna wszyst kich bawić. Po chwili całym blokiem wstrząsa ryk syren. Znowu nie udało się zacząć dobrze dnia.

Jak często zdarza mi się wczesnym ran kiem, jesz cze z zamkniętymi oczami, czekając na pobudkę domu, myśleć: „Kiedy ten dzień w końcu się skoń czy i będę miała trochę czasu dla siebie wieczorem“? Często. Albo wynaj dować powody do tego, aby pod nieść się z łóżka? Wyj ście na pobliski rynek jest już praw dziwą przy godą, dzięki której czuję się naprawdę światowo. O tak, dla takiej wyprawy warto pod nieść się z łóżka. Nie mówiąc już o wyjeź dzie do cen trum miasta.  Maluję się wtedy przed wyj ściem, prze­bieram, szykuję, prze glądam w lustrze. Jazda autobusem… Wresz cie zobaczy mnie ktoś, poza moimi dziećmi i mężem. Muszę się zrobić na bóstwo.  Muszę być zachwycająca. Roz pacz liwie poszukuję potwier dzenia swojej atrak cyj no ści, kobieco ści. Zapo mnieć na chwilę, że jestem Matką. Że dla obec nego świata jestem tylko Matką.

Jed nakże, mimo chwil kryzysowych, za nic nie zamienił bym się z nikim swoim życiem. Patrzę na moje córki i nie mogę się nadziwić, jak z takich nie do skonałych ludzi — Mamy i Taty, rodzi się taki cud natury. Dlaczego nikt jesz cze nie dał mi milionów za ich piękno i dobro?

Wychowywałam je korzystając z dwóch róż nych metod wychowaw czych. Zosia, jako pier worodne dziecię, przyjęła na siebie skutki nie wiedzy, braku doświad czenia swoich Rodziców i pod dała się tzw. zim nemu wychowowi.  Przed urodzinami Celiny poznałam kon cep cję Rodziciel stwa Blisko ści i zachwycam się nią do dzisiaj. Nie mogę uwierzyć, jak łatwo dzięki niej komunikować się ze swoim dziec kiem, jak wszystko jest oczywiste, prze widywalne i jasne. Każdy płacz, grymas jest zro zumiały, czytelny. Nie dzięki temu, że prze czytałam jakiś porad nik, ale dlatego, że zaufałam własnej intuicji. Słucham głosu swojego serca i odpowiadam na potrzeby swojego dziecka, nie lek ceważąc ich, nie trak­tując jako próby manipulacji czy złośliwo ści. Rodzina kręci nosem sądząc, że ją roz pie­ściłam.  Ja jestem pewna, że warto poświęcić swoje życie drugiemu życiu. Czuję się stworzona do macierzyń stwa, dzieci są dla mnie inspiracją, lustrem, w którym mogę się prze glądać i dowiadywać prawdy o sobie. O tym jak nie łatwo jest mówić: „Jesteś dla mnie wszyst kim, zrobię dla Ciebie wszystko“ o 2:00 w nocy, po kilku godzinach nie­udanych prób odpoczynku. Albo na środku ulicy, w tłumie, kiedy dziecko rzuca się na chod nik manifestując krzykiem swój sprzeciw wobec moich decyzji. Uczę się być Matką codzien nie i zdarza mi się płakać nad sobą i tęsk niąc do chwili spo koju lub jesz cze rzew niej, zdaw szy sobie sprawę z błędów jakie popeł niam, ale wiem, że jestem naj lep­szą matką jaką moje dzieci mogłyby mieć. Wszyst kie trudy warte są tego jed nego uśmiechu i tych oczu peł nych miło ści, w które patrzę codziennie.

Historia 3:

Monika Chodak, mama czterolatka

Macierzyń stwo prze stawia psychikę kobiety o 180 stopni. Nic już nie jest tak,  jak daw­niej. Dziecko uczy cier pliwo ści, kur czy nasz egoizm do wiel ko ści łebka od szpilki, daje ukłucie ener getyczne do działania. Z per spek tywy czasu muszę przy znać, że mój syn każ dego dnia uczy mnie, że życie jest nie spodzianką. Prawdą jest, że dziecko stymuluje roz wój osobisty każ dej Mamy, ale żeby nie być cukier kowo słod kim, warto też wspo­mnieć o negatyw nych aspek tach tego procesu.
Ale po kolei… Czasem t,o co czarne okazuje się białym i na odwrót… Na początku było tak jak zwykle —  radosna wiadomość, pełne wzruszeń oczekiwanie, zagadka i jej szczęśliwe roz wiązanie. Na świecie pojawił się mój synek — zdrowy, śliczny jak marzenie. Macierzyń stwo dodało mi pew no ści siebie, uwierzyłam, że życie roz daje nagrody tym, którzy bar dzo tego pragną. Wszystko wokół przy spieszyło, nabrało kolorów, ale ja zaczęłam się bać… Bać, że to zbyt piękne, że nie ma nic za darmo. Myślałam —  A niech tam , pieniądze nie są ważne, nie każdy musi miesz kać w pięk nym miej scu, nie każdy znaj duje szczę ście w pracy. Jak bym przeczuwała.Ale grom nie uderzył tam, gdzie się tego spo dziewałam. Uderzył w bez bronne i nie winne. Uderzył w to, co kochałam naj bar dziej – w malut kiego chłop czyka, kwin tesen cję mnie samej, uderzył prosto w moje serce. Ten grom ma brzydką nazwę – AUTYZM. Napiszę go w cało ści tylko raz, a potem już tylko użyję inicjału, jak dla schwytanego seryj nego mor­dercy, bo w końcu takim jest. To A. zabił we mnie całą radość, nadzieję, wiarę w bajki – dlaczego tylko tam są szczęśliwe zakoń czenia?
Pan A. szykował się do swojego mor der stwa powoli, drobiazgowo zadbał o każdy szczegół, umiał zmylić każdy trop. Naj pierw nagle doskonały apetyt mojego dziecka odszedł w nie pamięć i pojawiło się wybrzydzanie, awer sja do jedzenia w kolorze czer­wonym. Mój kochany, kon tak towy i wesoły chłop czyk posmut niał, zgasł, zapo mniał słowa „Mama“, nie chciał patrzeć. Pierw sze nie po koje prze lałam na specjalistów – jakże byłam ufna słysząc, że każde dziecko roz wija się w innym tem pie. A może chciałam to usłyszeć. Chciałam wierzyć, że mój wewnętrzny głos nie po koju jest tylko nie groźną schizofrenią. Ale prze cież nie zapomina się słowa „Mama“, a rodzice są po to aby kochać, wspierać, pokazywać świat. Kiedy doj rzałam i odar łam się ze złudzeń zaczęłam wal czyć. Nie z panem A., ale z tzw. „specjalistami”: jak pediatra, psycholog, psychiatra, którzy usiłowali ze mnie zrobić wariatkę, prze wraż liwioną matkę, osobę, która potrzebuje pomocy raczej sama dla siebie. Ja jed nak widziałam, jak moje dziecko zaczyna oddzielać ode mnie coraz grub sza „szyba”. Widziałam jak cierpi, jak się miota, jak nie rozumie co się dzieje wokół niego i po co, czy warto w ogóle tu być. To, co widziałam, plus moje myśli sprawiały, że nie mogłam spać, jeść, ale miałam siłę, aby szukać dalej pomocy. Po ponad pół roku poszukiwań znalazłam Osobę, Która Mnie Nie Zlek ceważyła – wysłuchała moich nie po kojów, chciała poob ser wować dziecko, wytropiła pana A.
Choć pan A. okazał się mor dercą atakującym nie tylko moją rodzinę, wiadomość, że to on uspokoiła i dała kopa do walki o likwidację „szyby”. Nasz świat jest poprzew racany, zmik sowany, to co dla jed nych może być smut kiem, dla nas jest rado ścią – że czterolatek nie mówi peł nymi zdaniami? To ten po słonecz nej stronie „szyby”, a jed nak jego rodzina się smuci… Po desz czowej stronie szyby czterolatek nie mówi peł nymi zdaniami, ale jesz cze dwa miesiące temu nie mówił nic. I nagle zaczął, tak z siebie!
Kocham mojego synka i powoli odzyskuję wiarę w szczę ście, kiedy widzę, jak „szyba” robi się coraz cień sza. Po eks perymen tal nym leczeniu, inten syw nej terapii, rygorystycz­nej diecie kon sekwent nie (powrót do nie mow lęcego menu), krok po kroku odzyskujemy naszego „Fiśka“. Choć straconego czasu nie da się już odrobić. Widzę, że wresz cie chce mu się żyć, pojął iż świat nie jest straszny, kiedy masz bez względne wspar cie naj­bliż szych. Serce skacze mi z rado ści, kiedy synek pod chodzi do mnie i mówi „ Kocham cię, mamuś!” — wierzę, że rozumie co mówi. Ufam, że będzie coraz lepiej i kiedyś „szyba” znik nie, a pan A. pozostanie tylko złym charak terem z bajki, w których jak wiadomo dobro zawsze zwycięża!
Kocham Cię Syneczku zawsze, wszędzie, cokol wiek zrobisz i kim kol wiek będziesz! Razem dokonamy CUDU!!!
projekt i wykonanie -Tworzenie stron www

STRONA GŁÓWNA Dlaczego pieluchy z materiału Jak zrobić zamówienie zadaj pytanie ekspertowi...